Maroko - przywitanie z Afryką
Po 31 odwiedzonych przez nas krajach, nadszedł czas na 32 – wyjątkowy, bo pierwszy wspólnie afrykański.
Jest to także idealna opcja turystyczna a przywitanie z afrykańskim kontynentem.
Odwiedzone miejsca
Legenda
Wstęp
Do Maroko wybraliśmy się w terminie: 31.12.2022 – 09.01.2023. Co prawda grudzień i styczeń to najzimniejsze miesiące także w tym kraju, ale warto pamiętać, że oznacza to temperaturę porównywalną do polskiej późnej wiosny czy wczesnej jesieni. Na zwiedzanie jest więc to termin idealny.
Na skróty:
- Tu spaliśmy: #nocleg_marrakesz #nocleg_fez #nocleg_chefchaouen #nocleg_rabat
- Tu jedliśmy: #jedzenie_marrakesz #jedzenie_fez
- Waluta: dirham marokański (1 PLN ~ 2,5 MAD). Na lotnisku w Marrakeszu można spodziewać się nieco mniej korzystnego kursu wymiany niż w samym mieście. Do wymiany najlepiej mieć € lub $. Wymiana pieniędzy jest koniecznością, raczej nie można liczyć na płatności kartą (stan na 2023).
- Język: arabski i różne dialekty berberyjskiego. Powszechnie używany jest także francuski, angielski w mniejszym stopniu.
- Wiza:
- Warto zajrzeć przed wyjazdem:
Marrakesz
Naszą przygodę z Maroko rozpoczęliśmy w Marrakeszu, dokładnie o godz. 18:00 w Sylwestrowy wieczór. Z uwagi na specyficzny termin, postanowiliśmy zorganizować taksówkę z właścicielami naszego noclegu, aby uniknąć wojenki kierowców na lotnisku. Szybkie rozeznanie się z kursami walut, kupno karty SIM i po chwili ruszyliśmy do Riadu Konouz, mieszczącego się na obrzeżach mediny. Prowadzi do niego cicha, spokojna uliczka, która jednak po kilkudziesięciu krokach zmienia się w szaleństwo historycznego Starego Miasta. I uwierzcie nam, szaleństwo nie jest w tym przypadku wyolbrzymieniem. Skutery, motorki, ludzie, rowery, osiołki, ręczne wózki, mini-ciężarówki – słowem, gdzie się nie obejrzysz tam istny obłęd. A to przecież dopiero obrzeża.
Riad Konouz: https://riadkonouz.morocco-ma.website/pl/
Zarezerwowane przez: Booking.com.
Koszt: 110 zł/osoba za noc (wraz z opłatą klimatyczną płatną na miejscu).
Nocleg ze śniadaniem. Możliwość dokupienia obiadu
Sylwestra postanowiliśmy spędzić w Riadzie, w ramach spokojnej aklimatyzacji. I była to dobra decyzja. Właściciele zorganizowali poczęstunek dla wszystkich gości.
To właśnie tutaj spróbowaliśmy naszego pierwszego tajine, czyli dania, które wywodzi się stąd, z krajów Maghrebu. Przygotowuje się je w specjalnym glinianym naczyniu o tej samej nazwie. Jego skład bywa różny, ale najczęściej zawiera on w sobie mięso, kaszę, warzywa i przyprawy takie jak kolendra, czosnek, kumin czy papryka. Kształt naczynia ma tutaj ogromne znaczenie. Stożkowa część pozwala na gromadzenie się i ponowne skraplanie pary wodnej. Całość dusi się więc we własnym, wyśmienitym sosie.
Do głównego dania dostaliśmy również marokańską sałatkę i mnóstwa różnych, drobnych przekąsek. Całość zakrapiana była przez nas marokańską whisky, czyli herbatą z miętą – dwa razy bardziej słodką niż cokolwiek co pijamy na co dzień, ale i tak wyśmienitą.
Rodzina bawiła się przy nas, grając na skrzypcach, organkach, bębnach i wspólnie śpiewając. Wszystko nienachalne i zupełnie naturalne. Jako goście nie potrzebowaliśmy dużo czasu, aby wraz z innymi podróżnikami wylądować przy jednym, wielkim stole. Nowy rok powitaliśmy więc w grupie składającej się z mieszkańców UK, RPA, Hiszpanii, Salwadoru, Maroka i Polski. Cała zabawa oczywiście odbywała się bez alkoholu – w końcu to kraj arabski. Przez cały wieczór czuliśmy się jak cześć tej rodziny. Zapraszano nas do tańców i śpiewów (dziewczyny poza arabskimi piosenkami zaśpiewały nawet utwór Perfect – Ed’a Sheeran’a).
Impreza umilkła kilka minut po północy co nam akurat bardzo odpowiadało z uwagi na spore zmęczenie i noworoczne plany. Jeszcze z dachu Riadu popatrzyliśmy w kierunku Jemaa el-Fnaa, gdzie odbywała się oficjalna impreza sylwestrowa. Dobiegał stamtąd stłumiony odległością tumult ludzi. Fajerwerki trwały ok. 30 sekund. Mimo wszystko cieszyliśmy się, że nas tam nie ma.
Kolejny dzień zaczęliśmy od pysznego śniadania w Riadzie i z samego rana wyruszyliśmy do Ogrodu Majorelle. Bilety kupiliśmy online, by uniknąć kolejki na miejscu. Opłacało się – mimo pierwszego dnia w roku sznurek ludzi do kasy ciągnął się przez kilkadziesiąt metrów. Ogród od samego wejścia robi ogromne wrażenie. Zalewa nas naturalna zieleń oraz ferie barw budynków i ścieżek.
Dla nas kontrast był tym większy, że jak dotąd byliśmy tylko w medinie. Mieszanka zapachów kurzu, paliwa z motocykli, czy odchodów osiołków zamieniła się na zapachy natury, a w toaletach… perfum YSL. Turystów było sporo, ale nie czuliśmy się aż tak przytłoczeni tłumem jak np. w Parku Güell w Barcelonie. Po kompleksie spaceruje sporo jego pracowników, którzy chętnie udzielają odpowiedzi na różne pytania. Z jednym z nich porozmawialiśmy nawet o niedawno zakończonych i bardzo udanych dla Maroka Mistrzostwach Świata. (Standardowo… Skąd jesteście? Z Polski? – Lewadnowski!).
Wewnątrz zwiedziliśmy jeszcze muzeum Berberysów – dla podróżników zainteresowanych historią odwiedzanych miejsc oraz pochodzeniem mieszkańców na pewno będzie to ciekawe miejsce.
Obok ogrodów mieści się muzeum Yves Saint Laurent – słynnego projektanta mody. Urodził się on w Oranie (Algieria), będąc jednak dzieckiem francuzów. W wieku 18 lat przeprowadził się do Paryża, gdzie dostał się pod skrzydła Christiana Diora, czyli założyciela jednego z najsławniejszym domów mody na świecie. U szczytu swojej kariery powołano go do wojska francuskiego podczas wojny z Algierią, chcącą wyzwolić się z kolonialnego uścisku.
Designer został odrzucony przez kompanów z armii (można przypuszczać, że z uwagi na swoją orientację seksualną). Trafił do szpitala, gdzie czekała go silna terapia lekowa, psychoaktywna i elektrowstrząsowa. Mimo tych życiowych perturbacji kontynuował karierę by później osiąść na stałe właśnie w Marrakeszu. W ogrodach Majorelle rozsypano jego prochy.
Miejsce niezwykle ciekawe, nie tylko dla fanów mody.
Po kulturalnych atrakcjach przyszedł czas na suk, czyli arabskie targowisko leżące w medinie. Po drodze przysiedliśmy jeszcze w przydrożnej knajpie na kawę i lokalną słodycz.
Suk to przedsionek piekła. Coraz więcej ludzi, a liczba motorków i osiołków poruszających się między nimi nie maleje. Z każdej strony buchają stragany pełne wszystkiego, co tylko człowiek wyprodukował. Warto się jednak przyglądać, gdyż można znaleźć między nimi wartościową pamiątkę.
Ciężko w tym miejscu skupić uwagę na otoczeniu, ale nie szczędźcie wysiłków, jako że uliczki kryją sprytnie wkomponowaną w nie sztukę uliczną.
Wśród ciasnych uliczek znajdziecie także medresę Alego ibn Jusufa, do której warto zajrzeć choćby po to aby nacieszyć oczy pięknie zdobionym dziedzińcem.
Skoro targowe alejki to przedsionek, to samym piekłem jest oczywiście Jamaa LaFinn. Jak dotąd jest to najbardziej szalone miejsce w jakie przyszło nam odwiedzić. Nie dajcie się zwieźć z pozoru spokojnym zdjęciom. Nie oddają one nawet ułamka panującej tam atmosfery. Ludzie – dużo ludzi, zaklinacze węży, stragany z jedzeniem, małpki na łańcuchach, sprzedawcy sztucznych szczęk, osiołki, naganiacze, powozy konne. Do tego krzyki, muzyka i fujarki dobiegające z każdej strony. To wszystko przyprawione wszelkimi znanymi nam zapachami. Z uwagi na moją brodę z każdego straganu dobiegały nas wołania „Alibaba!”. Zresztą przydomek ten towarzyszył mi przez całe Maroko.
Takie miejsca są dla nas zbyt intensywne, ale oczywiście nie mogliśmy sobie podarować i nie wejść w sam środek tego bałaganu. Marokańczyk z naszego Riadu ostrzegał, żeby raczej nie jeść na tych straganach z uwagi na niezbyt świeże jedzenie. Ale co tam. Jak mogliśmy nie skorzystać z usług słynnego stoiska nr 14. Znalezione, zjedzone, było warto.
Zaraz po tym uciekliśmy jednak w bardziej spokojne uliczki. Po takich doznaniach trącające nas motorki na obrzeżach mediny były już balsamem na nasze zmysły. Zdecydowaliśmy się jeszcze zjeść kolację przy drodze nieopodal noclegu. Zaraz po tym udaliśmy się w objęcia Morfeusza, gdyż nazajutrz z samego rana startowaliśmy w zamówioną wcześniej wycieczkę na południe kraju.
Jedzenie – miejsca warte polecenia
Fallafel with Hummus – 165 Rue el Gza, Marrakesh 10000, Maroko
Mała knajpka przy ruchliwej ulicy na obrzeżach mediny.
Atay Cafe – 62 rue amsafah, Rte Sidi Abdelaziz, Marrakech, Maroko
Ciekawe miejsce z tarasem na dachu. W sam raz na odpoczynek przy herbacie podczas spacerowania po Souku.
BABOUCHE Rooftop – 52 Rue des Banques, Marrakech 40000, Maroko
Kolejne miejsce z tarasem na dachu – tym razem na obiad. Jedyne gdzie dostaliśmy Harirę z daktylami i limonką.
Stand N°14 Chez Krita ORIGINALE – Jamaa el Fna Square
Sławne stoisko nr 14. Warto zajść na przekąskę. Dla ludzi potrafiących znieść ogólne zamieszanie dookoła.
Love you Restaurant – Rue el Gza, Marrakesh 40000, Maroko
Niepozorne miejsce z całkiem dobrym jedzeniem, również na obrzeżach mediny
Ajt Bin Haddu, Dades Gorge, Thingir, Merzouga
Pierwszy raz, poza wycieczkami szkolnymi, miałem okazje uczestniczyć w zorganizowanej wycieczce. Unikam ich jak ognia. Fakt bycia samemu sobie żeglarzem, sterem i okrętem jest dla mnie jedną z największych zalet podróży na własną rękę. No ale cóż, aspekty finansowe i strach przed nieznanym na pustyni połowy naszej małej grupy wygrał. Odrazu napomknę, że strach niesłuszny, choć nie obyło się bez chwili niepewności. Ale po kolei. Wycieczkę wykupiliśmy jeszcze z Polski. Dla zainteresowanych umieszczam krótki jej opis.
San Dunes Experience
Koszt: 120€ od osoby obejmujący:
Odbiór ze wskazanego Riadu w Marrakeszu, transport do Ajt Bin Haddu (zwiedzanie za dodatkowe 30 MAD za osobę), nocleg na trasie wraz z kolacją i śniadaniem (warunki mocno średnie, jedzenie całkiem smaczne), transport do oazy Tinghir wraz ze zwiedzaniem jej oraz lokalnej wytwórni dywanów, transport na pustynię, 2 przejażdżki wielbłądem (łącznie ok. 1,5h), przejażdżka jeepem po pustyni (w naszym przypadku nawet kilkukrotnie), nocleg w campie wraz z kolacją i śniadaniem oraz krótkim pokazem gry na bębnach (warunki jak dla mnie luksusowe, jedzenie pyszne), transport do Fezu z odstawieniem pod wskazany nocleg.
Jak to wyglądało w praktyce? Odbiór zaplanowany pomiędzy 7:15, a 7:45. Finalnie kierowca pojawił się o 8:00, czyli całkiem punktualnie. Przez kolejną godzinę zbieraliśmy innych uczestników z różnych miejsc co dla mnie było dość irytujące, ale oczywiście zrozumiałe. Bus na ok. 20 osób, wiec ilość ludzi rozsądna. Towarzystwo bardzo międzynarodowe, składające się z Anglików, Francuzów, Włoszek, Tunezyjki, Marokańczyków, Amerykanina, Koreanki i nas – Polaków. Ważna informacja dla każdego uczestnika jest taka, że odległości w Maroku do małych nie należą, a drogi prowadzące na południe także nie są autostradowe. Dodatkowo wiele z nich się buduje co także spowalnia podróż. Główną aktywnością przez kolejne 3 dni jest zatem jazda busem. Dla mnie to całkiem przyjemne jako, że uwielbiam podziwiać przydrożne wioski oraz cuda natury. Jedyną niedogodnością jest brak możliwości zatrzymania się w miejscu wzbudzającym większą ciekawość.
W pierwszy dzień, mieliśmy kilka przystanków na zdjęcie z ładnym widokiem (m.in. na panoramę Gór Atlas) oraz na kawę i toaletę. Miejsca oczywiście ustawione, ale w moim przekonaniu rozsądne. Obiad w Ajt Bin Haddu był już dużo mniej przyjemny. Restauracja z pięcioma rodzajami Menu do wyboru, ceny w porównaniu do porcji i jakości raczej drogie (135 MAD za porcje), oczekiwanie długie i miejsce strasznie zatłoczone. Zazwyczaj unikamy tego typu atrakcji jak ognia. Oczywiście uczestnictwo nie jest obowiązkowe, ale z braku lepszej alternatywy zjedliśmy. Sam ksar to pięknie położona osada obronna, która wykorzystywana jest często jako plan filmowy. Kręcono tu zdjęcia do wielu znanych produkcji takich jak Gladiator, czy Gra o tron.
Do hotelu dotarliśmy już po zmroku. Na sam ten przybytek spuszczamy zasłonę milczenia. Spaliśmy już w gorszych miejscach, więc ta jedna, krótka noc nie stanowiła problemu.
O poranku, po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Cała grupa okazała się bardzo zdyscyplinowana i była gotowa już przed umówionym czasem. Tym razem zatrzymaliśmy się na zdjęcie przy „Les Pattes de Singes” (Małpie Łapy), czyli ciekawie uformowanych formacjach skalnych. Kolejny przystanek już w oazie Thingir. Ciągnie się ona przez 48 km wzdłuż rzeki Todra Gorge. Po ponad dobie przemieszczania się przez wysuszony krajobraz pełen kurzu i piasku wpadliśmy w sam środek tętniącej zielenią uprawy palmy daktylowej, oliwki, czy też lucerny. Woda po całej oazie rozprowadzana jest kanałami irygacyjnymi. Ziemię podzielono na małe parcele uprawiane przez mieszkańców, którzy to wymieniają się między sobą plonami. Po ogrodach oprowadził nas Berber płynnie zmieniając języki z angielskiego na francuski i hiszpański, wplatając w to wszystko słówka włoskie i polskie. Później trafiliśmy do lokalnej wytwórni dywanów gdzie pokazano nam ręczny proces ich produkcji oraz opisano ich rodzaje. Całość oczywiście ma na celu zachęcenie do kupna, aczkolwiek wielkiej presji nie czuliśmy.
Przed samą pustynią został jeszcze jeden punkt na trasie – wąwóz przepływającej tędy rzeki. Ciągnie się on przez ok. 40 km, a jego ściany potrafią mieć nawet 400 m. wysokości. Jest to doskonałe miejsce dla fanów wspinaczki. Z racji bliskości podstawy ściany, śmiałków można nieuzbrojonym okiem obserwować w zasadzie z ulicy. Oczywiście ciężko to porównać np. z podziwianiem legendarnego El Capitan w dolinie Yosemite, ale widoki i tak robią duże wrażenie. Sama nazwa tego regionu pochodzi od imienia kobiety, która jako pierwsza przeszła przez góry, przeprowadzając przez nie leciwego już ojca. Nieopodal zjedliśmy obiad w dużo przyjemniejszym miejscu niż dnia poprzedniego i już bez postoju ruszyliśmy na piaski pustyni.
Merzouga, cel naszej wycieczki, to niewielka oaza w Erg Chebbi, czyli stepu przedsaharyjskiego. Technicznie rzecz biorąc nie jest to jeszcze Sahara, ale nam, pierwszy raz będących w takim krajobrazie nie robiło to różnicy. Tutaj też przesiedliśmy się na wielbłądy. Dla mnie była to pierwsza w życiu przejażdżka na grzbiecie jakiegokolwiek zwierzęcia. Kasia nie dość, że raczej stresuje się takimi atrakcjami (aczkolwiek rzadko kiedy odpuszcza – zuch dziewczyna), to jeszcze trafiła na wielbłąda fajtłapę. Był to najniższy zwierzak z całej karawany, który na samym początku wyprawy potknął się o własne nogi prawie upadając. Nic się jednak nie stało więc pomaszerowaliśmy dalej. Fajtłapa umilał sobie czas zajadając się paskiem od plecaka współpodróżnika z Casablanki, jadącego przed Kasią. Przez pół godziny zjadł jego sporą część i już brał się za plastikową klamrę, ale na szczęście karawana dotarła do celu.
I tutaj zaczęła się dość niepokojąca nas przygoda. Oczywiście z perspektywy czasu opowiadamy go jako ciekawą anegdotę, ale tego wieczoru byliśmy szczerze przestraszeni. Po wielbłądziej eskapadzie mieliśmy udać się samochodami terenowymi do namiotów na pustyni. Podjechał po nas kierowca, z którym spędziliśmy już 2 doby. Pomiędzy wydmami dostaliśmy się z powrotem do naszego busa, a nim do hotelu gdzie czekał na nas… kolejny jeep. Jako, że przejażdżka wielbłądami odbywała się przed zachodem słońca to dookoła zrobiło się zupełnie ciemno. Kierowca busa… zrobił nam zdjęcie tłumacząc, że to dla innego szofera, który nazajutrz zawiezie nas do Fezu. Było to dość zaskakujące, ale nie wzbudziło w zasadzie większych podejrzeń.
Po chwili przyjechał po nas Marokańczyk, z którym nie mogliśmy dogadać się w zasadzie w żadnym języku (nawet w „migowym” szło nam jak po grudzie). Wiózł on nas w kompletnej ciemności przez piaski pustyni ponad godzinę, zatrzymując się co jakiś czas przy samotnych budynkach i rozmawiając z miejscowymi. My bez zasięgu sieci komórkowej i w totalnej niewiedzy gdzie położone jest nasze obozowisko, zaczęliśmy się zastanawiać nad bezpieczeństwem. W głowach zaczęły rysować się nam najczarniejsze scenariusze rodem z życia uwięzionej przez piętnaście lat na pustyni Maliki Ufkir. Całość dodatkowo podsycała skrywana głęboko na co dzień ksenofobia.
Oczywiście całość skończyła się tam gdzie miała, czyli na pustynnym campingu. Nie wiedzieć czemu w miejscu tym nie spał żaden z poznanych przez ostatnie dwa dni współpodróżników. Nie mieliśmy nawet szansy się pożegnać. Byli tam w zasadzie sami Niemcy, a po czasie przyjechali starsi Belgowie… z dokładnie taką samą historią jak my. Po wszystkim śmialiśmy się, że chciano nas sprzedać, ale nie znaleziono żadnego chętnego nabywcy.
Samo obozowisko okazało się bardzo przyjemnym miejscem, ze smaczną kolacją, wieczorną muzyką na bębnach oraz równie dobrym śniadaniem. Styczniowej nocy na pustyni temperatura spada do 0 stC, więc warto pomyśleć o odpowiednim ubiorze do snu. Dostaliśmy jednak praktycznie nieograniczoną liczbę koców co bardzo pomogło komfortowo przetrwać noc.
Wschód słońca kolejnego dnia zrekompensował wszystkie troski. Zaraz po nim mieliśmy okazję po raz kolejny przejechać się jeepem po wydmach do naszego miejsca przesiadkowego, oczywiście po środku niczego. Cała wycieczka zorganizowana jest więc w bardzo chaotyczny sposób. Wydaje się, jakby kompletnie nikt nią nie zarządzał. Wszystko toczy się samo, ale jakimś cudem finalnie działa.
Do Fezu zabrał nas taksówkarz, który miał już na pokładzie parę z Włoch oraz matkę i córkę z Chin. Kierowca oczywiście był przemiły, a swój ubogi angielski rekompensował ciągłym uśmiechem. W samochodzie nie działały niestety pasy, co było dość niekomfortowe podczas szalonej jazdy w marokańskim stylu. Na miejsce dojechaliśmy bezpiecznie, zatrzymując się po drodze na kilka zdjęć kolejnych przepięknych krajobrazów oraz marokańskich małp.
Wytłumaczył on też nam jak działają kontrole prędkości na drogach. Od samego wyjazdu z Marrakeszu zastanawialiśmy się nad częstymi patrolami policyjnymi blokującymi drogę. Okazuje się, że taki patrol kilka kilometrów wcześniej pozostawia „zwiadowcę” z radarem prędkości. Bez żadnego oznakowania mierzy on prędkość i daje znać swoim kolegom jakie samochody należy zatrzymać a jakie można puścić w dalszą drogę. Kierowcy mają jednak sprawnie działający system informowania się o takich kontrolach z wykorzystaniem odpowiednich gestów. W ten sposób dojechaliśmy do Fezu bez żadnego nieplanowanego postoju.
Fez
Fez od pierwszych chwil okazał się bardzo ciekawym miastem. Nocleg znaleźliśmy w ciasnym (naprawdę ciasnym) zakątku mediny, ale był to kolejny strzał w dziesiątkę. Aby tam się dostać musieliśmy pokonać labirynt wąskich niemalże na szerokość ludzkiego ciała uliczek. Jako, że byliśmy wyposażeni w plecaki nie stanowiło to żadnego problemu. Nie chciałbym jednak tam wlec za sobą walizki. Warto dodać, że wśród ciasnych uliczek aplikacja Google Maps staje się w zasadzie bezużyteczna. Pozostaje więc schować telefon do kieszeni i kierować się wskazówkami napisanymi na murach budynków.
Dar Kenz Fes (zarezerwowane przez booking.com): Booking.com.
Koszt: 83 zł/osoba za noc (wraz z opłatą klimatyczną płatną na miejscu).
Nocleg ze śniadaniem. Możliwość dokupienia obiadu
Kolejna herbata na przywitanie, szybkie odświeżenie się po kilkuset kilometrach trasy i ruszyliśmy w nieznane. W międzyczasie zrobił się już dość późny wieczór a miejskie, wąskie korytarze, z których słynie Fez ogarnął mrok. Co prawda są one całkiem dobrze oświetlone ale całość sprawiła, że czuliśmy się mniej pewnie. Postanowiliśmy przespacerować się tylko po najbliższym otoczeniu i znaleźć jakąś kolacyjną knajpę. Trafiliśmy do miejsca nazwanego „Ogród w ruinach” i była ona dokładnie tym na co nazwa wskazuje. Dodatkowo co kilka minut wywalało w niej korki co powodowało mrok, wyłączenie muzyki i odgłosy śmiechów pomieszanych z irytacją dobiegające z kuchni. Jedzenie było bardzo dobre a elektryczna niedogodność, choć pewno uciążliwa dla pracowników, w naszych oczach tylko dodawała uroku temu miejscu.
Nowy dzień, po kolejnym wyśmienitym śniadaniu, zaczęliśmy od zwiedzania targowych uliczek. Tak jak w Marrakeszu jest tutaj wszystko, jednakże całość wydaje się być ujęta w nieco spokojniejszej formie. Nie mijają nas żadne pojazdy zmotoryzowane. Co jakiś czas można spodziewać się tylko osiołka przenoszącego skóry lub towarzyszącego Panom sprzątającym ulice. Pod tym względem nowoczesność miesza się z tradycją. Towary przewożone są na różnego rodzaju taczkach czy wózkach. Ze sklepów nie słychać natarczywych nawoływań aczkolwiek sekunda okazanego zainteresowania z naszej strony nie umknie czujnym sprzedawcom.
Jeden ze sprzedawców tłumaczył nam, że różnica między Marrakeszem a Fezem wynika z historycznej obecności w tym mieście uniwersytetu Al-Karouine. Jego początki sięgają IX wieku i niektóre źródła podają, że jest to najstarsza tego typu placówka na świecie. Nauczano na nim nie tylko Koranu czy logiki, ale także medycyny, matematyki, geografii i astronomii. W uniwersyteckiej bibliotece mieszczą się dzieła pochodzące nawet z okresu jego powstawania. Zdaniem naszego rozmówcy lata działalności tej instytucji odcisnęły pozytywne piętno na społeczności Fezu.
W Fezie także warto rozglądać się na otaczające nas mury. Na ścianach wielu uliczek znajdują się grafiki z różnym przekazem.
W miarę przemieszczania się do granic mediny, przekraczając Błękitną Bramę, wchodzimy w coraz mniej turystyczne tereny przenosząc się w świat handlu owocami, warzywami, przyprawami czy mięsem. Jako miłośnicy lokalnych targów, odwiedzający takie miejsca w każdej podróży, zanurzyliśmy się w tej cudownej mieszaninie dyskusji, barw i zapachów.
Poza wschodnim murem okalającym stare miasto znajduje się malowniczy muzułmański cmentarz. Polecamy to miejsce wszystkim fanom turystyki funeralnej. Była to dla nas chwilowa oaza spokoju wyrastająca z okalających ją ruchliwych ulic i stojąca w opozycji do leżącej naprzeciwko mediny. Na szczycie góry, pomiędzy nagrobkami poddaliśmy się chwili zadumy nad historią tych ziem.
Sprzedawca opowiadający nam o uniwersytecie polecił nam też restaurację – Sekaya. Zależało nam na tym by usiąść gdzieś na dachu i obejrzeć całość z góry. Widok jest niesamowity, ale budzi jednocześnie pewną grozę i smutek. Z tej perspektywy widać stan techniczny budynków, ciasnotę i trudy mieszkania w takim miejscu.
Kolejnym punktem na trasie były Grobowce Marinidów, czyli członków dynastii jaka władała Marokiem w okresie XIII – XV w. n.e. Same grobowce to już tylko ruiny, na które składają się pozostałości dwóch mauzoleów. Wzgórze, na którym są one postawione jest miejscem zdecydowanie wartym odwiedzenia z uwagi na widok nie tylko na Fes al-Bali, czyli stare miasto, ale także na panoramę całego miasta. Na zboczach góry można zobaczyć suszące się skóry, które są transportowane tam na osłach. Fez oczywiście słynie z garbarni i farbiarni skór, a przemysł ten jest nierozerwalnie związany z historią miasta.
Spacerując po starym mieście kilkukrotnie przechodziliśmy koło Pana z wielkim garem wywaru ze ślimaków. Mijaliśmy także to danie w wersji nieugotowanej, próbujące uratować się ucieczką z koszyka. Jako koneserzy posiłków wszelakich, nie mogliśmy podarować sobie takiej atrakcji. Ślimaki wydłubuje się z muszli za pomocą wykałaczki. Te, których kosztowaliśmy zostały przyrządzone w bardzo pieprznym wywarze i całość przypominała nam w smaku polskie flaki.
Na koniec dnia trafiliśmy jeszcze do restauracji – najbardziej luksusowej na jaką pozwoliliśmy sobie podczas wyjazdu. Jak to w medinie, sama uliczka jak i wejście do niej nie zachęcało. Całość mieściła się jednak na dachu budynku i była naprawdę ładnie zaaranżowana. Skusiliśmy się nawet na miejscowe szare wino. Było to zresztą pierwsze miejsce do jakiego trafiliśmy serwujące alkohol. Butelka wina kosztowała nas co prawda ok 90 zł, ale cóż – trzeba czasem dogodzić sobie w podróży. Tym bardziej, że kolejnego dnia już z samego rana wyruszaliśmy w drogę autobusem CTM do Chefchaouen.
Jedzenie – miejsca warte polecenia
The Ruined Garden – 15 Derb Idrissy Sidi Ahmed Chaoui Medina 30110, Siaj, Fes, Maroko
Bardzo ładnie położona restauracja z bardzo dobrym jedzeniem. Nie należy do najtańszych.
Sekaya – 87 Zkak lahjar, Fès 30200, Maroko
Miejsce na dachu ze świetnym widokiem na medinę i część Rabatu.
Snail Stand – Morocco, Rue Talaa Sghira, Fes, Maroko
Ślimaki!
Bistro Laaroussa – 3 Derb Bechara, Souikt Bensafi, Fes, Maroko
Restauracja z gatunku lepszych. Obsługa bardzo europejska, wino w menu. Dla każdego kto chce sobie trochę dogodzić.
Chefchaouen
Do Chefchaouen z Fezu dotarliśmy autobusem CTM. Bilety można kupić przez internet (https://ctm.ma/), płacąc np. Revolutem. Przed wejściem do autobusu wystarczy okazać PDF biletu na telefonie. Bagaż ładowany do luku jest dodatkowo płatny (kilka MAD za sztukę – dokładna kwota zależy od trasy). Autobus naprawdę dobrej klasy, wygodny – nawet gniazda USB do ładowania były dostępne i działające. Bilety kosztują 100 MAD od osoby, a cała trasa trwa ok 4h. Z dworca do mediny nie jest daleko, ale ostro pod górkę więc idzie się jakieś 15-20 minut.
Po dotarciu na miejsce, w drodze do naszego hotelu umiejscowionego tym razem tuż za murami mediny, zatrzymaliśmy się w jadłodajni. Miejsce wyglądem nie budziło wielkiego zaufania. Obsługa przytakiwała na każde nasze zdanie, ale szybko zorientowaliśmy się, że nie mają pojęcia o czym mówimy. Wszędzie było pełno kotów zajadających zrzucane ze stołów jedzenie. W środku siedzieli jednak lokalsi, co przekonało nas do zajęcia stolika. Dostaliśmy więcej jedzenia niż chcieliśmy (właśnie przez problemy komunikacyjne), ale finalnie nie żałowaliśmy żadnego kęsa. Było smacznie i bez żołądkowych rewelacji.
Riad Sakura: Google Maps
Zarezerwowane przez: Booking.com.
Koszt: 75 zł/osoba za noc (wraz z opłatą klimatyczną płatną na miejscu).
Nocleg bez śniadania.
Miasto Chefchaouen jest malowniczo położone w górskim rejonie, ale to nie okolica jest największą turystyczną wizytówką tego miejsca. Nie bez powodu jest ono nazywane „Błękitną Perłą”. Właśnie taki kolor mają fasady większości budynków w mieście. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Doszukaliśmy się teorii o odstraszaniu komarów, czy symbolizowaniu nieba i duchowości. Wydaje się jednak, że przede wszystkim jest i było to spowodowane chęcią przyciągnięcia turystów.
Stare miasto jest tutaj już zdecydowanie bardziej spokojne, aczkolwiek turystów nie brakowało. Przechadzając się po medinie trafimy na wiele zaaranżowanych uliczek okupowanych przez fotografujące się w nich osoby. Przy każdej wisi informacja o konieczności uiszczenia opłaty wysokości kilku MAD za zdjęcie. Nie skusiliśmy się na taką atrakcję, za to przespacerowaliśmy wszelkie możliwe i nie mniej urokliwe zakamarki. Sporą atrakcją okazały się także malownicze drzwi budynków, aczkolwiek niedoścignionym ideałem pod tym względem nadal pozostaje dla nas estońskie drzwi z Tallina.
Podczas spaceru znaleźliśmy świetnie urządzony sklep z mydłami i olejem arganowym – czyli płynnym marokańskim złotem. Chwilę później wdrapaliśmy się na dach jednej z kawiarni, do której po raz kolejny zachęcili nas przesiadujący w niej lokalsi.
Jako, że właśnie w tym mieście zmęczenie poprzednimi dniami zaczęło dawać nam się we znaki, to postanowiliśmy dzień spędzić leniwie. Miejscowość nie jest duża więc nadaje się na taki wypoczynek idealnie. Wieczorem postanowiliśmy zjeść jeszcze kolację w restauracji. Usiedliśmy na chybił trafił, zamówiliśmy i dopiero po tym fakcie zweryfikowaliśmy nasz wybór w Google Maps. Ocena 3,1 skutecznie nas odstraszyła więc szybko zrezygnowaliśmy przepraszając za zamieszanie i pognaliśmy w inne miejsce, które finalnie także nie okazało się rewelacyjne.
Na domiar złego całą noc budziliśmy się nieustannie z powodu hałasu na ulicy. Nie były to jakieś imprezowe odgłosy, a raczej komunalne – wywożenie śmieci, sprzątanie, itp. więc ciężko mieć o nie pretensje.
Chefchaouen zostawiło w nas mieszane uczucia. Z rana wsiadaliśmy z powrotem w CTM tym razem mając na celu stolicę.
Rabat
Do Rabatu wyruszyliśmy z samego rana wspomnianym już przewoźnikiem autobusowym CTM (https://ctm.ma/). Warto wspomnieć, że nie tylko CTM kursuje na tej trasie. Są też inne linie, tańsze, które przez miejscowego zostały określone jako bardziej lokalne.
„CTM to Air France a to jest Air Maroko”.
Mimo wszystko nie zaryzykowaliśmy. Tym razem koszt to 150 MAD i ok. 4h podróży. Przed odjazdem na dworcu w Chefchaouen wypiliśmy śniadaniową kawę. Po drodze mieliśmy ok. 30 min. postój na toaletę i kolejną kawę w przydrożnym kiosku. Panowie sprzedawcy byli bardzo kontaktowi. Zapytali nas skąd pochodzimy i chwilę po naszej odpowiedzi z głośników poleciała…Sanah z utworem „Nic dwa razy”. Abstrahując od gustów muzycznych była to naprawdę miła niespodzianka.
Po dotarciu na miejsce, podczas wyładowywania bagaży z luku, Marcin przywalił głową o jakąś wystającą metalową obudowę. Zderzenie było na tyle mocne, że rozcięło skórę na czole, ale na szczęście nie wymagało szycia. Wspominamy o tym, żeby przypomnieć jak istotne jest ubezpieczenie w podróży. Wystarczy tylko chwila nieuwagi lub pecha i może ono okazać się bardzo przydatne.
W Rabacie zatrzymaliśmy się w hotelu niedaleko ujścia rzeki Wadi Bu Rakrak do Oceanu Atlantyckiego.
Hotel des Oudaias: https://hoteldesoudaias.com
Zarezerwowane przez: Booking.com.
Koszt: 150 zł/osoba za noc (wraz z opłatą klimatyczną płatną na miejscu).
Śniadanie wliczone w cenę.
Sama rzeka oddziela Stolicę Maroka od równie dużego miasta Sala. Po chwilowym odpoczynku ruszyliśmy zwiedzać kolejną już medinę. Jak zwykle jest to plątanina wąskich uliczek, na których toczy się handlowe życie. Tutaj stare miasto wydaje się jednak czystsze. Nie ma też bezpośredniego nagabywania do kupna różnych dóbr. Wieczór pokazał nam jednak, że wcale nie jest spokojniej.
Po spacerze postanowiliśmy przejść się także poza jej granicami. Dodatkowo nabraliśmy ochotę na piwo. W jednej z uliczek znaleźliśmy lokalny bar, w którym można było bez problemu piwo kupić w cenie 40 MAD – drogo. Dodatkowo samo miejsce przypominało, nazwijmy to poetycko, dom rozkoszy.
Po odpoczynku w hotelu, przyszedł czas na wybrzeże i napawanie się widokiem oceanu podczas zachodu słońca. Na plaży można było dostrzec chłopaków grających w piłkę z techniką nie pozwalającą dziwić się osiągniętej przez Maroko lokacie w zakończonym przed chwilą Mundialu (Katar 2022). Zaraz po oceanie przenieśliśmy się na Kasbach. Z tego miejsca można popatrzeć w stronę obu miast (Rabat i Sala), a także na sąsiadujące z tym otoczeniem plaże. Uliczki za murami są bardzo urokliwe.
Dzień postanowiliśmy zakończyć kolacją w medinie. Gdy wylądowaliśmy jednak na głównej ulicy było tam tak tłoczno, że utworzył się ludzki zator. Dodatkowo sprzedawcy krzyczeli w niebogłosy zachwalając swoje produkty a Muezin z pasją nawoływał do modlitwy. Była to dla nas na tyle intensywna historia, że zdecydowaliśmy się kupić jakieś jedzenie na wynos i resztę wieczoru spędzić już w hotelu.
Na drugi dzień czekała nas podróż do Marrakeszu, z którego to mieliśmy lot powrotny.
Koszty
Jak to w życiu – nie ma nic za darmo.
Więc ile może kosztować taka samodzielnie organizowana wycieczka do Maroko?
Oczywiście to w pełni zależy od stylu podróżowania, osobistych przyzwyczajeń oraz planowanych atrakcji.
Czytając powyższy relację, mogliście poznać sposób w jaki my zwiedziliśmy ten kraj. W tekście znalazły się już ceny noclegów czy np. autobusów. Poniżej całość, w odniesieniu do 1 osoby, wraz z ciekawszymi pozycjami.
| Kategoria | Koszt |
|---|---|
| Transport | 1 803 zł |
| ---> Loty | 1 323 zł |
| Wyżywienie | 860 zł |
| ---> Butelka wody 0,5 l | 2-3 zł |
| --->Świeży sok z granata | 8,50 zł |
| ---> Ślimaki | 4-5 zł |
| ---> Posiłek w resauracji | 25 - 85 zł |
| ---> Piwo | 15 - 20 zł |
| Zakwaterowanie | 752 zł |
| Atrakcje | 693 zł |
| Inne | 365 zł |
| ---> Ubezpieczenie | --->77 zł |
| ---> Karta SIM | --->47 zł |