W pogoni za sztuką
Spodobał Wam się kiedyś obraz, plakat, lub inny kawałek sztuki na tyle, że zechcieliście wejść w jego posiadanie?
Niektórzy mogą się wzdrygać na samo słowo „sztuka”, kojarząc je z nudnymi wycieczkami po muzeach. Jeśli dorzucimy do tego jeszcze przymiotnik „nowoczesna” to na usta cisnąć się może częściej śmiech lub zażenowanie, niż szczery podziw.
A przecież każdy z nas ma pewien gust, nawet jeśli nie jest w stanie docenić kunsztu i warsztatu technicznego konkretnego artysty.
„Nie ładne to co ładne, lecz to co się komu podoba”
Gust ten budujemy przez całe życie i nawet nieświadomi tego, absorbujemy sztukę na każdym kroku. Może mieć ona postać graffiti na ścianie pobliskiego bloku, fotografii umieszczonej w serwisie Instagram lub czajnika o fikuśnym kształcie stojącego w kuchni.
Nam pewnego dnia, przy okazji wizyty u znajomych, w oko wpadł pewien obraz, jak się okazało zakupiony w Lądku Zdroju od leciwego już artysty, regularnie przyjeżdżającego tam z przygranicznej, czeskiej wioski.
Obraz na tyle nam się spodobał, że przy okazji zimowego wypadu na narty do Zieleńca wyruszyliśmy na poszukiwania tegoż mistrza pędzla.
Informacji o nim mieliśmy niewiele, ale jednocześnie wystarczająco dużo aby spróbować. Podpis na obrazie zaprzyjaźnionej pary zdradzał nazwisko twórcy: Josef Dubiel von LeRach. Z wpisu na internetowym forum dowiedzieliśmy się, że mieszka on w miejscowości Žulová. Dopytaliśmy o więcej informacji, ale wpis do dzisiaj, czyli po paru już latach, pozostaje bez odpowiedzi.
Uruchomiliśmy więc Google Maps i po kilkudziesięciu minutach zaparkowaliśmy w niewielkim czeskim miasteczku.
Wyobraźcie sobie środek zimy w opustoszałej górskiej mieścinie na północy Czech. Rozejrzeliśmy się dookoła niczym John Travolta z Pulp Fiction, nie bardzo wiedząc co począć dalej. Po krótkim spacerze w końcu napotkaliśmy przechodnia, który jednak nie słyszał nic o Panu Josefie. Ta niewiedza zasiała w nas ziarnko niepewności. Pracował on przy jednym z domów, a więc powinien być w mniejszym lub większym stopniu związany z tym miejscem.
Po kolejnych minutach spaceru w nasze oczy rzucił się dom z namalowanym herbem z literami DvLR. Czyżby był to skrót od nazwiska? Zaryzykowaliśmy i zapukaliśmy do drzwi. Był to strzał w dziesiątkę. Przywitał nas starszy Pan, który jak się okazało całkiem niedawno wrócił z Lądka Zdrój. Zaprowadził nas do garażu i wycofał swoim samochodem, całkowicie wyładowanym obrazami. Już samo manewrowanie po podwórku napawało nas niepewnością co do zasadności poruszania się tego człowieka po drogach publicznych. Pomogliśmy wyładować wszystkie obrazy i zabraliśmy się za oglądanie.
„Jeśli brakuje Wam środków to możecie kupić jeden albo skoczyć do bankomatu”
Po wstępnej selekcji zostało nam kilka sztuk, o których chcieliśmy podyskutować. Naszą szczególną uwagę przykuły dwa wizerunki mające wspólny mianownik. Oba obrazy przedstawiały rogate, kubistyczne postacie – jedna mający bardziej kobiecy pierwiastek, druga męski. Pan Josef wytłumaczył nam, że jest to jego forma autoportretu. Zdecydowanie wyróżniały się one na tle innych pokazanych nam dzieł i bardzo szybko okazało się, że dopadł nas problem urodzaju. Jak wybrać spośród nich tylko jeden?!
Po krótkim sporze stwierdziliśmy, że spróbujemy potargować się i kupić oba. W końcu pochodzimy z Wielkopolski, mieszkamy w Poznaniu, więc mamy wbudowany gen negocjacji, co by nie mówić bardziej dosadnie, skąpstwa. Pan Josef okazał się jednak twardym przeciwnikiem. Przedstawił swoją cenę i ani myślał zejść choćby symboliczną złotówkę. Miał sporą przewagę – w końcu to my przyjechaliśmy specjalnie do jego pracowni. Domyślał się, że nie będziemy chcieli wyjechać z niczym. Nie pomogły żadne sztuczki i tłumaczenia. Pan Josef wysyłał nas nawet do lokalnego bankomatu.
Musieliśmy się poddać i wydać dosłownie wszystkie przywiezione z nami pieniądze.
Po dobiciu targu natychmiast powróciła miła atmosfera. Artysta zaprosił nas do swojej pracowni na kawę… którą jednak musieliśmy zrobić sobie sami. Przy kawie poprosiliśmy go o podpisanie obrazów i opowiedzeniu trochę o sobie. A historia Pana Josefa jest bardzo ciekawa.
Opowiedział nam, że urodził się w pociągu w Cieszynie, już po czeskiej stronie, jako owoc polsko-niemieckiego małżeństwa. Wiele lat swojego życia spędził w USA. Jego prace wiszą w niektórych Państwowych budynkach w Czechach. Doczekał się także obecności na znaczku pocztowym.
Po spotkaniu z Panem Josefem jego prace nabrały dla nas wartości sentymentalnej. Z dumą trzymamy je w salonie, opowiadając znajomym tą dość nietypową historię. A doczekała się ona kontynuacji. Nasza kolekcja obrazów tegoż artysty powiększyła się o kolejne płótno za sprawą nieocenionych przyjaciół – Pauliny i Kuby.
Dostaliśmy je od nich w prezencie przypieczętowującym naszą znajomość.
I niech trwa ona w najlepsze!